Taka sobie miłość

Witajcie dawno mnie nie było. W nawale pracy i codziennych obowiązków i przeżyć (tak, tak psycholog też człowiek) umykał mi dzień za dniem. Wreszcie jest czas na kolejne refleksje… np o takiej sobie miłości 😉

Mit – on Ją zdobywa latami, jest silny, romantyczny, wierny, uczciwy, rycerz, królewicz, biznesmen, oświadcza się w bajkowej scenerii Mit – ona delikatna subtelna kobieca uwodząca piękna w czerwonych wysokich szpilkach nawet przy zmywaniu podłogi 😉  ślub jest cudownym dniem, a potem żyją długo i szczęśliwie… Każdy dzień jest ich kolejnym sukcesem – budują związek na prawdzie, miłości z idealnymi dziećmi w tle.

Miło? Pewnie, że tak, tylko problem polega na tym, że do tego mitu wielu chce dążyć, a jak się nie udaje to winien jest jej/jego zdaniem albo wyłącznie on (bo kobieta jest idealna w swoim rozumieniu albo mężczyzna ofiara biorący na siebie problemy wszystkich) albo wyłącznie ona (mężczyzna uważający się za idealnego i wszechwiedzącego lub kobieta ofiara, biorąca na siebie problemy świata)

Mityczne ideały można powiesić w ramkach na ścianie, podobnie jak wyłączną winę jednej ze stron. Każda para boryka się z różnymi trudnościami, problemami. Czy i jak przez nie przejdzie zależy od miłości…. taaak bzdura prawda ? banał?  Co rozumiem przez zależy od miłości ? Nie od zakochania, uwielbienia wpatrzenia jak w święty obrazek w przystojnego faceta czy piękną kobietę…. nie od świetnego seksu… nie od uzależnienia od relacji… Zależy natomiast od od szacunku jakim się ludzie w związku darzą, od bliskości, codziennego ciepła… od uważności na drugiego człowieka. Ktoś by powiedział, że może jeszcze od zaufania, ale ja nie jestem przekonana… Czasem w problemach ludzie zaufanie do siebie tracą, lecz przez wzgląd na miłość, która jest między nimi próbują je odbudować. Zastanawiają się, gdzie to zaufanie zostało nadszarpnięte, dlaczego tak się stało,  jaki mają w tym udział oboje. Kobieta, która czuje się szczęśliwa ze sobą i mężczyzną, który czuję się lub czuł się  przez tę kobietę i siebie kochany ( i odwrotnie) zawsze podejmie walkę nawet jeżeli okaże się, że w związku były/są tajemnice czy istotne nieporozumienia. Czy się powiedzie ratowanie związku? Nie zawsze, ale jeśli się nie powiedzie, to ci ludzie rozstaną się życząc drugiej stronie jak najlepiej. Zauważcie, że piszę o miłości do siebie (nie mylić z nadętym ego) i partnera…. bez tych dwóch trudniej o porozumienie. Czasem poczucie krzywdy jest ogromne. Kiedy myśli się o sobie i pielęgnuje się negatywne uczucia wylewając je jak kubeł pomyj na partnera/kę można się albo otrząsnąć, przeprosić za formę i usiąść do rozmowy albo zostać ofiarą lub agresorem w oczach drugiej strony…  Jeżeli ludzie nie wiedzą jak zabrać się za ratowanie związku trzeba cofnąć się i zastanowić kiedy ten związek był dobry satysfakcjonujący obie strony i od czego to zależało… czy na pewno tylko od tego że byliśmy piękni młodzi i zakochani czy jednak było jakieś porozumienie i bliskość… 

Dobra komunikacja to wyświechtany banał przez kolorowe pisemka, żeby nie powiedzieć szmatławce, przy każdej okazji – ja wolę sformułowanie „porozumiewanie się” to jest klucz do rozwiązania wszelkich problemów w związkach i nie tylko. Porozumiewanie się ze sobą i z partnerem/ką. Oczekiwania od związku, wartości, przekonania, priorytety każdej ze stron, to nie jest coś czego można się domyślać, coś co samo się objawi albo jakoś to będzie… To filar na jakim buduje się przyszłość. Ważne żeby byle jaka fala go nie podmyła.

Pozdrawiam Was wakacyjnie jeszcze

EG.