Do tego wpisu zmotywował mnie przyjaciel i ostatnia rozmowa z nim na temat coachingów osobistych wszelkiego rodzaju, warsztatów, happeningów, wykładów.
Był czas kiedy z podziwem patrzyłam na ludzi, którzy organizują wielkie konferencje – dopóki nie zaczęłam w nich uczestniczyć – już nie uczestniczę. Achy i ochy, motywacja w stylu Amway-owskim, uśmiechy i ładowanie baterii do następnej konferencji. W zderzeniu z rzeczywistością baterie takie szybciutko się wyładowują… Proponowanie warsztatów stylu u Cioci na herbatce my Gwiazdy podbijemy świat powinna być nazywana po imieniu – motywacyjnym spotkaniem towarzyskim z wymianą doświadczeń.
Czy naprawdę o to chodzi? Może wielu osobom tak – mnie nie, bo pracuję z drugim człowiekiem po to, żeby zbudował w sobie elektrownię, która daje energię i siłę na stałe, a nie tylko był bateryjką. Tylko jest pewna różnica konferencja nie wymaga wysiłku i daje miły efekt wow! cieszenia się z… z niczego. Moja propozycja to rozwój własny, ciężka praca – czasem tylko miła ale to nie jest celem- z efektami na stałe.
Był czas kiedy nie rozumiałam dlaczego ludzie po sześciu miesiącach jakiegoś szkolenia czytaj 6 weekendach czyli 12 dniach, bez wykształcenia psychologicznego nazywają się coachami sensu życia, family coachami etc i ładują się w cudze życie i problemy – najlepiej poprzez proponowanie wielomiesięcznych kursów z których jeden weekend kosztuje 1000 zł… Uruchomiłam część ścisłą mojego mózgu włączyłam kalkulator i… już zrozumiałam… przynajmniej część tego zjawiska bo dalej nie rozumiem jak coach sensu życia ma pomóc nadać sens życiu człowieka, który go stracił… i jak family coach może wejść w życie rodziny, w której istnieje np. uzależnienie i współuzależnienie i udawać że w ciągu dziesięciu spotkań coachingowch można to naprawić… na własne oczy widziałem kiedyś taką ofertę..
Był czas kiedy cały ten kram z pseudo-psychologią mi w jakiś sposób imponował. Media etc… dopóki nie posłuchałam kilku pań, o których dziennikarze mówią psycholożka…
Dla mnie… Zwyczajnie… człowiek, który stoi przede mną ze swoim cierpieniem, problemem jest najważniejszy. Droga do dobrostanu, w której mogę towarzyszyć wiedzą doświadczeniem i obiektywizmem. Jestem kontrowersyjna… Tak, jestem… Ważny jest człowiek, nie konwenanse i stereotypy. Jeżeli jest przemoc/molestowanie/mobbing to jest. I nie będę czekała aż klient/ka sam/a to nazwie po setnym moim pytaniu. Jak widzę nazywam.. z miłości do człowieka. Wtedy jest czas na rozmowę.
Mój nauczyciel psychoterapii i superwizor Jacek Pierzchała dyrektor i założyciel ITG w Krakowie (zmarł przedwcześnie) powiedział do nas kiedyś, że ludzie nie przychodzą do nas po wiedzę, nie przychodzą po wsparcie, przychodzą po dojrzenie miłości do samego siebie, dzięki której są w stanie zapanować nad swoim życiem i uczynić je lepszym. Coś w tym jest….
Jacek był i jest dla mnie wielkim autorytetem.. kiedyś o Nim napisze …powiedział do mnie : Ewa mieszkaj gdzie chcesz, klienci będą wszędzie, bo wybiorą Ciebie… Kiedy przejmowałam się opinią rodzin moich klientów powiedział, żeby mówili co chcą… Ważne, że klient z którym pracujesz widzi progres… Więc wybrałam miasto w którym żyję… klienci są z Bielska i okolic… nawet z Krakowa, też Polonia z Kanady, UK czy Islandii… i wiem że to moja droga….
Dlaczego nazywam osoby spotykające się ze mną klientami, a nie pacjentami dowiesz się z zakładki o mnie

